IS na mapie islamu

Mamy nowego kalifa. Mimo lokalizacji i przybranego nazwiska miłościwie nam panującego, nie jest to jednak powrót do średniowiecznego kalifatu bagdadzkiego. Dwór kalifa nie spływa winem ale krwią, a zamiast mecenatu nad gromadzeniem wiedzy z różnych tradycji w ramach „Domu Mądrości”, mamy wycofywanie ze szkół chemii i filozofii jako „niezgodnych z prawem bożym”.

Ekscesy “Państwa Islamskiego" (znanego nam pod akronimami IS/ISIS/ISIL w zależności od przyjętej anglojęzycznej nazwy; w świecie muzułmańskim znanego pod arabskim akronimem DAISH) mrożą krew w żyłach zachodniej opinii publicznej – oczywiście słusznie, choć ze sporym opóźnieniem. Dopiero brutalne traktowanie chrześcijan i zagrożenie dla będących najbardziej prozachodnią siłą w regionie Kurdów wywołały w nas silniejszą reakcję; krew wymordowanych wcześniej tysięcy szyitów tradycyjnie już okazała się niewiele warta.

Na marginesie poważnych analiz zwyczajowo już pojawia się także przewidywalny dwugłos specjalistów od mierzenia poziomu "czystości" islamu. Z jednej strony chór tzw. „islamosceptyków” spieszy by powiedzieć nam, że to, co wyłania się na naszych oczach to „prawdziwy” i „czysty” islam. Z drugiej strony, szereg muzułmańskich apologetów wyjaśnia nam, że nie ma to z islamem absolutnie żadnego związku - islam „Państwa Islamskiego" to według nich w ogóle nie islam. Jak wiadomo, każdy z dostępem do Internetu może dziś zostać teologiem islamu autorytatywnie rozstrzygającym między różnymi roszczeniami do islamskiej prawowierności i ekspertem od mierzenia procentu tejże „islamskości". Za obydwoma tymi reakcjami stoi jednak oczywiście nie precyzyjna i bezstronna analiza ale dwie przeciwstawne ideologie. Pierwsza to próba uniknięcia przez krytyków islamu konieczności zmagania się z niewygodną złożonością i niuansami poprzez dostarczenie redukcjonistycznej odpowiedzi wyjaśniającej wszystko na poziomie obsługi cepa: to wszystko, panie, w tym Koranie. Druga to powodowana zapewne dobrymi intencjami, ale niezbyt uczciwa intelektualnie próba odcięcia się od działalności „Państwa Islamskiego" przez umiarkowanych muzułmanów, nie będących w stanie przyznać, że niezależnie od tego jak zwulgaryzowana i troglodycka jest interpretacja islamu przez ekstremistów pokroju IS, jest to pewna konkretna interpretacja islamu. Nie buddyzmu, nie rastafarianizmu i nie marksizmu, ale islamu i znajduje niestety w dzisiejszym islamie swoje miejsce. Pozostawiając więc debaty nad teologiczną autentycznością teologom, odpowiedzmy na pytanie: jakie konkretnie jest to miejsce na mapie współczesnego islamu? (z teologicznego punktu widzenia dość w tym miejscu powiedzieć, że klasyczna tradycja muzułmańska klasyfikuje nurty typu IS jako tendencję zwaną charydżyzmem, ale o tym już kiedy indziej). Przyjrzyjmy się więc kogo dokładnie reprezentuje IS, i która konkretnie interpretacja jest motorem ich działalności.

Nie sposób zrozumieć roli i miejsca IS we współczesnym islamie bez znajomości wahhabizmu, jego wczesnej historii oraz wewnętrznych podziałów w łonie tego nurtu. Jak pisałem tutaj, wahhabizm (zwany również salafizmem),
„jest nurtem, który głosząc hasło powrotu do Koranu i przykładu Proroka postanowił pozbyć się większości tradycji intelektualnej islamu, znacznej części duchowego wymiaru religii, a nawet pozbywa się muzułmańskiego dziedzictwa materialnego równając z ziemią religijne zabytki. Muhammad Ibn Abdul Wahhab, od którego nazwiska wywodzi się nazwa tego ruchu, wyszedł z założenia, że większa część historii intelektualnej islamu była historią herezji, bezpodstawnych innowacji i niedopuszczalnych wpływów zewnętrznych, a receptą na powrót do prawdziwego według niego przesłania religii jest ograniczenie się do bardzo literalistycznego i purytańskiego rozumienia Koranu. Efektem jest więc skrajnie antyracjonalistyczny ruch postulujący odtworzenie warunków społecznych Arabii VII-go wieku i ówczesnego rozumienia świata.”

W roku 1744 Muhammad Ibn Abdul Wahhab zawarł sojusz z lokalnym watażką Muhammadem Ibn Saudem oparty na obopólnych korzyściach: Ibn Saud zobowiązał się wspierać i wcielać w życie nauki Ibn Abdul Wahhaba, za co ten dostarczał Ibn Saudowi legitymizacji religijnej. Sojusz ten do dzisiaj pozostaje fundamentem Arabii Saudyjskiej. Większość ludzi świadoma jest, że klan Ibn Sauda to dzisiejsza rodzina królewska Arabii Saudyjskiej. Mniej znany jest fakt, że establishment religijny tego kraju – od najważniejszych religijnych stanowisk i instytucji aż po większość dotychczasowych Wielkich Muftich (włącznie z obecnym) – zdominowany jest przez członków rodziny Al-Sheikh, będących bezpośrednimi potomkami Muhammada Ibn Abdul Wahhaba (którego w pewnym momencie zaczęto nazywać po prostu „Szejchem”, stąd zmiana nazwiska).

Sojusz purytańskiego duchownego z wojowniczym i żądnym władzy klanem szybko rozpoczął działalność, która do złudzenia przypominała to, co „Państwo Islamskie” robi dzisiaj na terenie Iraku i Syrii – ogłoszenie swojej interpretacji islamu jako jedynej dopuszczalnej, połączone z kampanią fizycznej eliminacji bądź brutalnego podporządkowania wszystkich muzułmanów, których wizja islamu odbiegała od nauk Ibn Abdul Wahhaba. Po rzezi tysięcy uznanych za heretyków muzułmanów na terenie Hidżazu (dzisiejsza Arabia Saudyjska), wahhabici zwrócili się ku szyickiemu Irakowi, gdzie zrównali z ziemią jedno z najświętszych dla szyitów miejsc – mauzoleum Imama Husejna w Karbali, gdzie w przeciągu jednego dnia zamordowali pięć tysięcy osób. Wcześni wahhabiccy kronikarze piszą o takich osiągnięciach z wielką dumą i bez najmniejszego zakłopotania.

Ponad stulecie sukcesów w podbojach i konsolidacji władzy w ramach nowego państwa spowodowały oczywiście obrośnięcie Saudów w piórka. Coraz większe brzuchy były coraz mniej chętne do machania mieczem, a bogactwo i wygoda wygasiły żar religijny. Fanatyczni wojownicy wahhabiccy określani mianem „ichłan” (arab. „bracia”), chcący permanentnej kontynuacji kampanii religijnej stali się więc niewygodni dla nowych władców Arabii. Na początku XX-go wieku król Abdulaziz Ibn Saud rozpoczął normalizację pozycji swojego kraju na arenie międzynarodowej oraz jego stopniową modernizację. Bunt ichłan przeciwko tym działaniom, postrzeganym jako zdrada islamu, dał Abdulazizowi pretekst do ich pacyfikacji, a oficjalna wykładnia wahhabizmu została zinstytucjonalizowana, pozbawiona swoich kłów i przekształcona w mechanizm posłuszeństwa władzy, odwracający uwagę od polityki ku osobistej purytańskiej religijności i tropieniu „herezji” i naleciałości w „czystym” islamie. Jak zauważa Khaled Abou El Fadl:

„Podczas moich wizyt w Arabii Saudyjskiej widziałem to na własne oczy w sposobie w jaki elity rządzące prowadzą swe życie prywatne. Pytani, często odpowiadają, że wahhabizm i establishment religijny ich kraju są ważne by chronić lud przed zagrożeniami wolnomyślicielstwa i demoralizujących wpływów, ale biznes i polityka powinny pozostać w rękach arystokracji. Ważniejsze jest jednak to, że wahhabizm jest teologią niesamowicie użyteczną dla rządzących elit. Skupia on bowiem całą uwagę na poprawnym odprawianiu praktyk rytualnych, tępieniu herezji i społecznych innowacji oraz utrzymywaniu surowego patriarchalnego społeczeństwa (...) Ujmując to prościej, w myśli wahhabickiej o wiele ważniejsze jest poprawne zapuszczenie brody czy poprawne założenie hidżabu niż posiadanie opinii na temat inwazji na Irak, Gazy czy losu Jerozolimy."


To właśnie ta wersja wahhabizmu zaczęła być później eksportowana na cały świat muzułmański przy pomocy niewiarygodnych środków finansowych uzyskanych wraz z odkryciem w Arabii Saudyjskiej ropy.

Korzenie wahhabizmu zaczęły jednak o sobie przypominać. Nowe pokolenia Saudyjczyków zaczęły widzieć w materializmie swoich elit oraz w ich układach z państwami „niewiernych” zdradę „czystego islamu" Muhammada Ibn Abdul Wahhaba. W latach 70-tych niezadowoleni buntownicy zaczęli zwracać się ku radykalnym grupom i ideologiom, z których wiele dokonało swoistej fuzji teologii wahhabickiej z polityczną myślą Sayyida Qutba, egipskiego autora, który po latach działalności w Bractwie Muzułmańskim stał się ideologiem szeregu małych ugrupowań terrorystycznych będących prekursorami późniejszej Al-Kaidy. Chociaż początkowo grupy te miały zasięg lokalny, dążąc do obalenia rządów w swoich krajach, ich kolaboracja w afgańskich obozach szkoleniowych w latach 80-tych i 90-tych stała się podstawą międzynarodowego ruchu określanego mianem salafi-dżihadi (dla odróżnienia go od tego nurtu salafizmu, który pozostał lojalny wobec saudyjskiego establishmentu).

Ważne jest podkreślenie, że pomimo szeregu różnic poglądowych w zakresie polityki i strategii, pod względem stricte religijnym wszystkie te grupy zachowują wierność wobec nauk Muhammada Ibn Abdul Wahhaba i teologicznie nie różnią się niczym zasadniczym od oficjalnej wykładni salafizmu propagowanej przez Arabię Saudyjską. Początkiem zrozumienia rozdźwięku między wahhabickimi grupami terrorystycznymi takimi jak Al-Kaida czy IS a oficjalnym saudyjskim wahhabizmem krytykującym terroryzm ustami swych duchownych jest więc świadomość odcięcia się oficjalnego saudyjskiego wahhabizmu od swych agresywnych korzeni oraz paniczny strach przed powrotem tych korzeni do Arabii Saudyjskiej w postaci wywrotowych grup traktujących Saudów jako zdrajców salafizmu. Rozdźwięk ten jest zresztą do pewnego stopnia pozorny – strach Saudów przed domorosłymi dżihadystami i międzynarodówką ich kolegów powoduje, że chętnie widzą ich udział w „dżihadzie” wszędzie na świecie, byle nie zbyt blisko Arabii Saudyjskiej.

Dynamika relacji między salafizmem „saudyjskim" a „dżihadystycznym" musi zacząć interesować Europę - pierwszy z nich jest najsilniej promowaną u nas wersją islamu, drugi niesie ze sobą realne zagrożenie związane z powrotem wyszkolonych dżihadystów do ich krajów . W ramach programu zapobiegania radykalizacji (zwanego „Prevent") brytyjskie władze usiłowały wykorzystać „miękki" salafizm jako narzędzie deradykalizacji ekstremistów - z różnymi skutkami. Kluczowe pytanie brzmi: na ile ów „miękki", prosaudyjski salafizm, odżegnujący się od terroryzmu, ale kultywujący te same postawy purytanizmu, antyracjonalizmu i pogardy dla inności, jest inkubatorem i furtką do nurtu salafi-dżihadi.
Trwa ładowanie komentarzy...