O autorze
Jeden z imamów Stowarzyszenia Jedności Muzułmańskiej , związku wyznaniowego zrzeszającego polskich muzułmanów szyickich. Pracownik Instytutu Al-Mahdi w Wielkiej Brytanii. Pierwszy Polak, który ukończył studia w szyickim seminarium duchownym. Redaktor magazynu Al-Islam.
Oprócz specjalizacji z teologii i prawa islamu główne obszary moich zainteresowań to współczesna myśl muzułmańska (od nurtów politycznych określanych zbiorczo mianem islamizmu po prądy reformatorskie), wahhabizm oraz procesy radykalizacyjne wśród europejskich muzułmanów. Poza działalnością stricte religijną staram się przybliżać i wyjaśniać niemuzułmańskiemu odbiorcy zjawiska zachodzące we współczesnym islamie.

Czy można nie być Charlie Hebdo?

Jako muzułmanin w tak wrażliwym momencie jak dni po dokonanym przez innych muzułmanów ataku terrorystycznym powinienem być może ograniczyć się do kategorycznego potępienia i odcięcia się od tego aktu i nie mówić nic więcej. Schylić głowę, pomachać symbolicznie ołówkiem i francuską flagą, zapewnić o swoim pełnym poparciu dla nieskrępowanej wolności słowa i ogłosić, że „jestem Charlie Hebdo” w nadziei, że zostanę uznany za „dobrego” muzułmanina. Zaryzykuję jednak sprawienie przyjemności osobom, dla których jedyny dobry islam to islam kompletnie ugłaskany i czekającym na najmniejszy pretekst przylepienia kolejnemu muzułmaninowi łatki „radykała”.

Moja odraza wobec tego zamachu, jego niezgodność z moją wizją islamu oraz ludzkie współczucie dla ofiar i ich rodzin nie musi oznaczać uświęcania pozbawionej zarówno jakiegokolwiek szacunku jak i elementarnej przyzwoitości satyry. Charlie Hebdo nie jest symbolem wolności słowa, jest jej patologią. Być może jest to patologia, z której istnieniem musimy się pogodzić jeśli w ogóle chcemy mieć wolność wypowiedzi, jest jednak ogromna różnica między pogodzeniem się z czymś a wynoszeniem tego na ołtarze. I nie zgadzam się na pojawiające się już emocjonalne szantaże sugerujące, że każdy kto nie czuje się „Charlie Hebdo” staje po stronie sprawców zamachu. Nie zgadzam się na świat, który dzielony jest przez reanimację najgłupszej i najbardziej ordynarnej koncepcji ery George'a W. Busha: „albo jesteś z nami albo z terrorystami”. Groteskowość takiego podejścia obnaża fakt, że wiele osób, a nawet rządów, które dzisiaj czują się bardzo Charlie Hebdo już od kilku lat wspiera w Syrii kolegów terrorystów, którzy Charlie Hebdo zaatakowali.



Charlie Hebdo nie jest zresztą takim czempionem wolności słowa i oporu wobec „politycznej poprawności” jak nam się wydaje. W roku 2009 jeden z karykaturzystów tego pisma, Maurice Sinet znany pod pseudonimem Sine, opublikował satyryczny rysunek syna Nicolasa Sarkozy sugerujący, że dokona on konwersji na judaizm dla korzyści finansowych. Oburzone środowiska żydowskie zarzuciły gazecie antysemityzm i sprawa trafiła do sądu. Reakcją ówczesnego redaktora naczelnego nie było ostentacyjne pozowanie do zdjęć z krytykowaną karykaturą, podkreślające, że w nosie ma czyjeś zbyt wrażliwe uczucia religijne i nie pozwoli by ograniczały one wolność prasy. Redaktor naczelny kazał Sine przeprosić za rysunek, a gdy ten odmówił - został zwolniony z pracy. Charlie Hebdo nie jest więc pogromcą politycznej poprawności - po prostu wybiera któremu nurtowi politycznej poprawności ulec, a któremu nie, co nie jest szczególnie trudne w obecnym klimacie we Francji, w którym o muzułmanach (oraz katolikach) można powiedzieć właściwie wszystko bez większego społecznego oburzenia. W społeczeństwie, w którym prawie połowa ludzi deklaruje niechęć do islamu jego krytyka wcale nie jest aktem tak rewolucyjnym jakby się niektórym wydawało.

Tak czy inaczej, wolność wypowiedzi paradoksalnie nie jest wcale sednem paryskiego ataku. Terrorystom chodziło o coś zupełnie innego niż ukaranie karykaturzystów za szydzenie z Proroka Muhammada. Oczywiście ich cel nie został wybrany przypadkowo i na pewno ów fakt „ukarania” Charlie Hebdo sprawił zamachowcom sporo satysfakcji, ale nie to było powodem. Nie była nim też próba uciszenia prasy i zastraszenia jej, by nie publikowała już więcej karykatur Proroka. Ci ludzie mogą być bezwzględni i nieludzcy, nie są jednak idiotami nie wiedzącymi w jakim świecie żyją. Doskonale wiedzieli, że jedną z pierwszych reakcji na ich zamach będzie przekorny wzrost sprzedaży pisma i kontestacyjna fala kolejnych publikacji karykatur w imię obrony wolności wypowiedzi, „naszego stylu życia” i „nie pozwolenia by terroryści wygrali”.

Zresztą, terroryści rzadko mają „uczucia religijne” na tyle głębokie by można je jakoś szczególnie urazić. Jak pisałem w czwartek, dzięki imponującej pracy wielu badaczy wiemy o tych ludziach bardzo wiele, m.in. to, że absolutna większość z nich nie jest w ogóle religijna. Ludzie ci odnajdują wahhabicki islam na krótko przed rozpoczęciem działalności terrorystycznej i to nie w ramach duchowych poszukiwań ani cudownego nawrócenia, ale w ramach politycznego buntu przeciw zachodniej polityce w krajach muzułmańskich. Najbardziej symbolicznym, ale jednocześnie dość typowym przykładem byli Yusuf Sarwar i Mohammed Ahmed, którzy dopiero po podjęciu decyzji o wyjeździe do Syrii i zaplanowaniu całej podróży zaczęli uczyć się religii, zaopatrując się w takie książki jak „Islam dla początkujących”. Zjawisko to zresztą jest tak stare jak sam dżihadyzm - już Musa Al-Qarni, ideolog afgańskiego dżihadu i mentor Bin Ladena opowiadał o rzeszach młodych ludzi, którzy przyjeżdżali do Afganistanu nie mając zielonego pojęcia o islamie i nie umiejąc się nawet modlić. Chcieli po prostu walczyć, a wahhabicki islam przyjmowali z dobrem inwentarza. Nie inaczej było w przypadku paryskim - sądzony już prawie dziesięć lat temu za związki z terroryzmem starszy brat Kouachi opisywany był jako niepraktykujący muzułmanin, lubiący alkohol, marihuanę i zainteresowany głównie muzyką rapową. Jako motywację swej działalności podał zaś oburzenie wydarzeniami w irackim więzieniu Abu Ghraib.

O co więc chodzi? O tym poinformował nas Jürgen Todenhöfer, niemiecki dziennikarz, który spędził 10 dni wśród terrorystów z „Państwa Islamskiego” (IS) w Syrii. Pośród innych mniej lub bardziej trafnych obserwacji twierdzi on, że członkowie IS bardzo jasno kreślą plan wywołania na Zachodzie konfliktów religijnych i liczą w tym na swoich europejskich sympatyków. Fala antyislamskich nastrojów w reakcji na ekscesy muzułmańskich ekstremistów i rosnąca liczba realnych ataków na meczety spowoduje oczywiście jeszcze większą alienację i radykalizację niektórych sektorów społeczności muzułmańskiej, co dla „Państwa Islamskiego” oznacza więcej sympatyków i nowych rekrutów.

Pomysł IS na eskalację konfliktów religijno-etnicznych w Europie znajduje też swych zwolenników wśród przeciwników „islamizacji”. To właśnie taki scenariusz marzy się przecież Andersowi Breivikowi, taka wizja przyświecała też Pawlo Lapszynowi, który mordując wracającego z meczetu 82-letniego muzułmanina i podkładając serię ładunków wybuchowych w brytyjskich meczetach miał nadzieję na wywołanie „wojny rasowej”. Lektura komentarzy pod polskimi artykułami donoszącymi o podpaleniach szwedzkich i francuskich meczetów pokazuje niepokojąco dużą liczbę osób deklarujących, że z utęsknieniem wyczekują na taki rozwój wydarzeń.

Niedopuszczenie do takiego scenariusza wydaje mi się o wiele ważniejsze niż solidaryzowanie się z niesmaczną satyrą, a za jedyną ku temu metodę uważam podważanie przez obydwie strony czarno-białych schematów coraz bardziej populistycznej debaty przedstawiającej „muzułmanów” i „Europejczyków” jako dwa skazane na konflikt monolity. Symbolem burzącym te schematy w przypadku paryskiego zamachu jest scena, która zszokowała wszystkich: zastrzelenie bez mrugnięcia okiem leżącego na ulicy rannego policjanta. Okazało się, że policjantem tym był 42-letni muzułmanin, Ahmed Merabet. Jak pisałem już kiedyś, wszyscy jesteśmy celem. Co nie oznacza, że wszyscy musimy „być Charlie”.
Trwa ładowanie komentarzy...