O autorze
Jeden z imamów Stowarzyszenia Jedności Muzułmańskiej , związku wyznaniowego zrzeszającego polskich muzułmanów szyickich. Pracownik Instytutu Al-Mahdi w Wielkiej Brytanii. Pierwszy Polak, który ukończył studia w szyickim seminarium duchownym. Redaktor magazynu Al-Islam.
Oprócz specjalizacji z teologii i prawa islamu główne obszary moich zainteresowań to współczesna myśl muzułmańska (od nurtów politycznych określanych zbiorczo mianem islamizmu po prądy reformatorskie), wahhabizm oraz procesy radykalizacyjne wśród europejskich muzułmanów. Poza działalnością stricte religijną staram się przybliżać i wyjaśniać niemuzułmańskiemu odbiorcy zjawiska zachodzące we współczesnym islamie.

Wszyscy jesteśmy celem

Rozmawiając wczoraj na temat ataku terrorystycznego w Nairobi z dwoma brytyjskimi muzułmanami kenijskiego pochodzenia, usłyszałem nie tylko oburzenie będące odzwierciedleniem reakcji większości ich wspólnoty. Dowiedziałem się też w jaki sposób ten odrażający czyn dotknął samych kenijskich muzułmanów. Jeden z moich rozmówców stracił z rąk terrorystów swego kuzyna, ciotka drugiego w dalszym ciągu uważana jest za zaginioną.

Mimo odseparowania muzułmanów od reszty zakładników, media donoszą, że 12 ofiar terrorystów to muzułmanie. Trzeba bowiem wyraźnie podkreślić, że islamscy ekstremiści mają bardzo wąską definicję tego, co oznacza bycie prawdziwym muzułmaninem – definicję, która wyklucza z islamu wielu praktykujących muzułmanów. 8 ofiar kenijskiego ataku było ismailitami – wyznawcami jednego z odłamów islamu szyickiego. Ich – mający przecież wielowiekową tradycję – sposób rozumienia religii islamu ewidentnie nie przeszedł „testu na muzułmanina”, przygotowanego przez fanatyczną brytyjską konwertytkę, Samanthę Lewthwaite, znaną też jako „Biała Wdowa”. Dlatego tak istotne jest, by pamiętać, że wszyscy, włącznie z wyznawcami islamu, jesteśmy celem morderczej ideologii legitymizującej takie ataki. Dowodów nie trzeba szukać daleko – w tym samym czasie kiedy terroryści przetrzymywali zakładników w Kenii, ich odpowiednicy pakistańscy zabili 78 chrześcijan w zamachu na kościół, a iraccy – 60 muzułmanów-szyitów. Wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy celem. I wszyscy, choć na różne sposoby, powinniśmy reagować.



Bardzo dużo do zrobienia ma oczywiście strona muzułmańska, chociaż niesprawiedliwe jest oskarżanie większości muzułmanów o obojętność czy wręcz ciche przyzwolenie na akty przemocy. Niemal wszystkie przypadki islamskiego terroryzmu są potępiane przez szereg autorytetów religijnych i większość zwykłych wyznawców – ich protesty jednak nie przebijają się zwykle do powszechnej świadomości. Ilu z nas po atakach z 11 września przeczytało informację o radości na palestyńskich ulicach? A ilu z nas, dla porównania, słyszało na przykład o dziesięciu tysiącach Irańczyków, którzy wyszli na ulice Teheranu w akcie solidarności z amerykańskimi ofiarami? Nie brakuje też bardziej bezpośrednich reakcji. Pobocznym wątkiem tragicznych wydarzeń w Kenii jest postać muzułmanina, Abdula Haji – bohatera, który z narażeniem życia uratował czteroletnią dziewczynkę i jej rodzinę, stawiając czoła terrorystom. Gwoli przypomnienia – podobnego muzułmańskiego bohatera miał atak z 11 września.

Najbardziej godną uwagi, bo najbardziej potrzebną i skuteczną formą walki muzułmanów z terroryzmem jest – prowadząca do udaremnienia planowanych zamachów oraz ujęcia potencjalnych sprawców – współpraca społeczności muzułmańskich z władzami. To dzięki pomocy samych muzułmanów udało się zapobiec następującym atakom terrorystycznym:
• na samoloty pasażerskie realizujące kursy transatlantyckie do Stanów Zjednoczonych (2006), temu planowi zawdzięczamy zakaz wnoszenia płynów na pokłady samolotów;
• na nowojorskim Times Square (2010);
• w nowojorskim metrze (2010);
• wybuchowi samochodu-pułapki podczas Bożonarodzeniowej publicznej ceremonii w centrum Portland (2010);
• rozmieszczeniu ładunków wybuchowych w miejscowości Tampa na Florydzie (2012);
• zamachowi na pociąg pasażerski w Toronto (2013).
Są to tylko wybrane przykłady z o wiele dłuższej listy. Według raportu Triangle Center przy Uniwersytecie Duke'a z 2011 roku ponad jedna trzecia zamachów planowanych w Stanach Zjednoczonych od 11 września 2001 roku, udaremniona została przy udziale samych muzułmanów. Zdaniem amerykańskiego ministra sprawiedliwości, Erica Holdera, współpraca społeczności arabskich i muzułmańskich jest fundamentalną częścią identyfikowania potencjalnych zagrożeń terrorystycznych i zapobiegania im. To samo przyznaje Robert Mueller, były dyrektor FBI.

Muzułmanie mają jednak jeszcze sporo do zrobienia, przede wszystkim na dwóch polach. Po pierwsze, muszą zwiększyć wysiłki w kierunku delegitymizacji skrajnych interpretacji islamu, prowadzących terrorystów do przekonania, że mają na swoją działalność przyzwolenie od samego Boga. Interpretacje te muszą być poddawane nieustannej krytyce na gruncie teologicznym, a ich główni ideolodzy muszą być dyskredytowani przez uznane autorytety religijne. Dobrym przykładem na to jak mogą uczynić to nawet lokalne społeczności jest przypadek Anjema Choudhary, prawdopodobnie najbardziej znanego brytyjskiego kaznodziei-ekstremisty. Będąc persona non grata w większości meczetów w swym rodzinnym Londynie postanowił wkroczyć na nowy teren i rozpoczął regularne wizyty w celach rekrutacyjnych w Birmingham - mieście o jednej z największych muzułmańskich populacji w Europie. Zaalarmowana lokalna społeczność szybko zareagowała wydając rezolucję przeciwko jego obecności podpisaną przez większość tamtejszych meczetów i organizacji. Od tamtego czasu jedyne jego pojawienie się w jednym z miejscowych meczetów skończyło się wezwaniem policji.

Po drugie, muzułmanie muszą dążyć do marginalizacji nurtów takich jak wahhabizm, które choć nie zawsze otwarcie popierają terrorystyczną przemoc, to jednak stanowią żyzny grunt dla skrajnych postaw.
Trwa ładowanie komentarzy...